2 lata na testosteronie

Zwykły wpis

No dobra, macie mnie… Właściwie dwa lata, miesiąc i 10 dni. I zupełnie nie mam weny na pisanie, czekanie na rozprawę mnie wykańcza. Nie chcę jednak tracić ciągłości w mojej tranzycyjnej dokumentacji, więc wrzucam tradycyjnie nagranie głosu oraz kilka zdjęć. Przełom drugiego i trzeciego roku na testosteronie upływa mi zdecydowanie pod znakiem włosów.  Włosów ciemniejących i rosnących w różnych dziwnych miejscach. Zapuszczanie pseudozarostu staje się coraz bardziej zabawne:

bbbbb

IMG_2733

Zdecydowanie przybywa mi też włosów na reszcie ciała, zwłaszcza te na rękach i nogach gęstnieją i ciemnieją w zawrotnym tempie:

IMG_2893

Zaś zestawienie mojego ryjka przed testosteronem i dzisiaj przedstawia się tak :

nbbbhvhBez tytułu4

Jakiś dłuższy wpis odnoszący się też do tego, co się dzieje w mojej głowie a nie tylko na zewnątrz, wrzucę na 2,5-rocznicę. Tymczasem…

… do poczytania!

Moje świętowanie

Zwykły wpis

#jestemLGBT

I z tego powodu byłem we własnym kraju wyzywany, opluwany, rzucano w moją stronę kamieniami i butelkami, jeszcze jako nastolatek słyszałem, że powinienem trafić do komory gazowej albo powinno się mnie zajebać.

Jestem LGBT, mam 30 lat i przez te 30 lat nie doczekałem się ani prawa do zawarcia małżeństwa z osobą, którą kocham, ani do decydowania o własnym ciele, ani samodzielnego zdecydowania o tym, co mam w dokumentach. Żyję w kraju, w którym musiałem złożyć do sądu pozew przeciw własnej mamie, żeby móc zmienić literkę oznaczającą moją płeć w dowodzie. Na taką, która trochę mniej mnie razi, ale nadal nie jest moja… Pozew złożyłem dokładnie rok i dzień temu. Sąd zdążył do tej pory wyznaczyć mi biegłych, którzy wypytali mnie szczegółowo o to, jak uprawiam seks i jak się masturbowałem w dzieciństwie. Wyroku nie zdążył wydać. Wyrok, w najlepszym razie, będę mieć w październiku. A potem czeka mnie jeszcze czekanie na jego uprawmocniene i bieganie po urzędach, bo sam wyrok nie pozwoli mi ubiegać się o nowy dowód.

Jestem LGBT. Biorę leki, które ratują moje zdrowie i życie. Jeden na tarczycę, drugi to związek testosteronu. Na żaden z nich nie mam refundacji, bo nie mam ubezpieczenia, ale nawet gdybym je miał, to oszczędziłbym tylko na jednym z nich jakieś 2-3 zł. I to nie na tym, który kosztuje teraz 60-70 zł za opakowanie.

Jestem LGBT. I wszystko wskazuje na to, że jestem też osobą w spektrum autyzmu. Zmiany i kontakt z obcymi ludźmi to dla mnie droga przez mękę, a tranzycja w Polsce jest pod tym względem maratonem z przeszkodami.

Jestem LGBT. I dziś mija mi 2 lata i 2 tygodnie jak biorę testosteron. A dokładnie dwa lata temu pierwszy raz samodzielnie zrobiłem sobie zastrzyk. Wypadło tak, że dziś też mam go zrobić. Zwykle robię go późnym wieczorem, ale dziś postanowiłem trochę wcześniej, bo…

Jestem LGBT. I kocham ten kraj. Uczę się też kochać sam siebie, choć Polska, w której dorastałem uczyła mnie głównie samego siebie nienawidzić. Gdybym tego miejsca na świecie nie kochał, dawno wyjechałbym stąd w siną dal albo odebrał sobie życie. Nie takiej Polski chcę, chcę Polski, która będzie domem dla wszystkich.

Dlatego dziś, symbolicznie, ustalam swoją „godzinę T” trochę wcześniej. Zaraz zrobię zastrzyk, zastrzyk, który zmienia moje ciało na takie, które jest bardziej moje, prawdziwsze, wygodniejsze, szczęśliwsze. I nie przestaję wierzyć w to, że Polska też może się zmienić. Na taką, w której nikt w nikogo nie będzie rzucać kamieniami, opluwać, odmawiać realizowania ludzkich praw. Na taką, w której nikt nie będzie musiał_a udowadniać swojej przydatności i „normalności”, żeby być szanowana_y. Taką, gdzie ludzką różnorodność świętuje się jako coś pięknego, dobrego i ważnego a nie próbuje zmieść z powierzchni ziemi.

Chwała bohaterkom_om! Chwała wszystkim, którzy_re (zbrojnie czy nie) walczyły_li i wciąż walczą z faszyzmem!

NO PASARAN! NIGDY WIĘCEJ!

67448323_10216983087023138_2164653711773663232_o

 

Dlaczego nie lubię (re)aktywizmu

Zwykły wpis

Właśnie trwa kolejna edycja krakowskiego festiwalu LGBTQIA+. Festiwal Queerowy Maj towarzyszy mi od dobrych paru lat i niektóre z dziesiątek wydarzeń powoli zaczynają mi się zlewać w jedno. Pamiętam jednak dokładnie maj 2015 i spotkanie pod nieco prowokacyjnym tytułem „Dlaczego nie lubimy aktywistów?”. I tak od czterech lat moje myśli orbitują wokół knajpy, w której się odbyło i wokół tego, co miało tam miejsce. Dlaczego? To trudno wyjaśnić, bo powodów jest naprawdę wiele, ale pokuszę się o próbę wytłumaczenia.

Zaznaczę na wstępie, że nie będę się ograniczać do opisu faktów i że większość tego tekstu to moja, bardzo subiektywna, interpretacja wydarzeń. Poszedłem tam przekonany, że wydarzenie ma być przyczynkiem do rozprawienia się z negatywnym stereotypem aktywisty_ki, przestrzenią do porozmawiania o przyczynach tego, skutkach, o możliwości zmiany. Szybko jednak przerodziło się (podkreślam, to moja ocena) w dyskusję między cis mężczyznami, (wyłącznie/głównie) gejami nt. tego, że rzeczywistym problemem jest brak zaangażowania osób LGBTQIA+ w walkę o respektowanie swoich praw.  Prowadząca dzielnie próbowała przez jakiś czas sprowadzić rozmowę na właściwe tory, ale nie było większego skutku.

Jak się chce, to się może!

Kiedy wydarzenie zmierzało już ku końcowi, nieśmiało podniosła rękę siedząca do tej pory z tyłu i przysłuchująca się transpłciowa osoba AMAB* i grzecznie, ale stanowczo, powiedziała, że chciała, że chciałaby tylko zwrócić uwagę na to, że wypowiadali się głównie cis mężczyźni, mimo tego, że grono na sali wygląda na genderowo raczej wyrównane. Usłyszała na to szybką replikę, że dlaczego w takim razie inne osoby się nie wypowiadają, że dlaczego nie działają tak samo intensywnie, przecież „jak się chce, to się może”. Inne osoby, głównie transpłciowe AFAB** (w tym ja) poczuły się w tym momencie zmobilizowane do odpowiedzi. Zaczęłyliśmy tłumaczyć, że jak się przejdzie socjalizację do żeńskiej roli, to jest się raczej całe życie uciszaną_ym, nie traktowaną_ym poważnie, czasem dosłownie zagłuszanym_a przez mężczyzn (piorunujący efekt był taki, że kilkakrotnie nasze wypowiedzi zostały przerwane w pół zdania… przez cis facetów). Dorzuciłyliśmy też kilka zdań na temat tego, że nie, niestety nie wystarczą chęci, żeby móc, bo, żeby choćby przyjść na takie spotkanie, jakie właśnie się odbywa, trzeba choćby mieć fizyczną możliwość poruszania się, trzeba być osobą słyszącą (nie było tłumaczenia z i na PJM***), trzeba w końcu dostęp do informacji, że takie spotkanie się w ogóle odbywa i przekonanie że aktywizm jest dla każdego i każdej. A mało kto ma takie poczucie…

Muszę tu oddać sprawiedliwość jednemu z mężczyzn, który w odpowiedzi na to zapytał „Co w takim razie możemy dla Was zrobić?”. Zrobił dokładnie to, co powinien. Nie odebrał przestrzeni  i  dał deklarację wsparcia. Niestety, w związku z tym, że nie dostał natychmiastowej odpowiedzi, jego reakcja została zalana falą tekstów w klimacie „Ale to co? My mamy się w ogóle nie odzywać?”, „To dla nas nie ma już przestrzeni w tej dyskusji?” etc.

Specjalnie nie piszę o konkretnych osobach, nie mam na celu wywoływania kogoś pod tablicę i pociągania do odpowiedzialności, zawstydzania, karania itd. Opisuję tę sytuację, bo była dla mnie bardzo mocnym doświadczeniem. Natychmiast po tym, jak przez kilka minut myślałem, że góra lodowa, blokująca dostęp do aktywizmu szerszym rzeszom osób, zaczyna pęka, wylano mi na głowę kubeł zimnej wody. Wiecie, taki kubeł wielkości Bajkału.

Kilka słów o reprezentacji

Prawdopodobnie wszystkie osoby, które były wtedy na sali były osobami kłirowymi, łapały się a jedną albo więcej literek ze skrótu LGBTQIA+. Mówiąc prościej, wszystkie te osoby miały i mają w Polsce przesrane. Mocno przesrane. Rzecz w tym, że nie wszystkie_cy mamy przesrane w ten sam sposób i w tym samym stopniu. Nie każda osoba ma też równie łatwą możliwość działania w kierunku zmniejszenia przesranie. Nie mówię, że ktokolwiek ma pod tym względem łatwo, twierdzę tylko, że niektórym pod pewnymi względami jest łatwiej, że nie trafiają na pewne specyficzne bariery, trudności. Jeżeli używasz języka polskiego (a nie innego, w tym PJM), masz wykształcenia, które pozwala ci rozumieć różne procesy społeczne, psychologiczne i sprawnie się komunikować, jeśli w końcu stać cię na bilet do większego miasta, masz warunki do działania, których inne osoby nie posiadają. Często nazywa się to przywilejem (w socjologicznym sensie).

Na tamtym spotkaniu nie chodziło o to, żeby sprawni, biali, cispłciowi, homoseksualni mężczyźni z klasy średniej z dużego miasta milczeli. Chodziło o to, żeby zwrócili uwagę na swoją pozycję — pozycję w społeczności LGBTQIA+, bo z tym, że pozycję w społeczeństwie w ogóle mają niską, nikt nawet nie próbowałaby dyskutować. Szczelina w górze lodowej wypełniła się lodowatą wodą i szybko zamarzła. Temat się rozpłynął. Został tylko w moich trzewiach, może i w ciałach innych osób, które o tym nie mówią…

Od tamtego czasu, po serii kolejnych podobnych sytuacji, zacząłem się powoli wycofywać z kłirowego aktywizmu w zorganizowanej, wieloosobowej wersji. Skończyły mi się zasoby pozwalające walczyć o przestrzeń, o głos, o to, jakie tematy powinny być poruszane i jakie są priorytetowe. Trzymam kciuki za osoby, które intensywnie działają nadal, ale ja w tej chwili na dłuższą metę nie umiem. Patrzę z radością na coraz większe marsze równości, coraz szersze grono wolontariuszek_y. Nadal jednak zwykle nie widzę miejsca na reprezentację grup, do których należę. I tak mi się miesza radość z frustracją, duma ze złością i całą masą innych emocji. Nie mam tego nikomu za złe, wiem, jak trudna jest próba reprezentowania interesów grupy/grup, do której/których się należy, przebicia się tak naprawdę z czymkolwiek…

Dlatego nie lubimy aktywistów!

Muszę Wam coś wyznać, zrobić mały coming out. Należałem do osób, które twierdziły, że równość musi być, ale te wszystkie parady i marsze równości, to przesada. Po co się tak obnosić? Po co prowokować narodowców? Naprawdę tak twierdziłem. Zinternalizowałem takie przekonania, które słyszałem od dzieciństwa, tak mocno, że uważałem je po prostu za moje. Parę lat temu przekonałem się, jak bardzo były błędne i jak ogromną krzywdę sobie nimi sam robiłem. I wiecie co? To znaczy też, że… nie lubiłem aktywistów.

I nadal trochę nie lubię (w tym siebie). A właściwie nie lubię aktywizmu. Im dłużej mam z nim do czynienia, tym lepiej rozumiem, skąd się biorą te przekonania o wielkomiejskich panach z piórkiem w dupie, którzy nie robią nic dla społeczności. Urodziłem się i wychowałem w średniej wielkości mieście, od jakichś 10 mieszkam w dużym Krakowie. Byłem osobą, która patrzyła spod byka na „obnoszących się” aktywistów i… jestem obnoszącym się aktywistą. Rozumiem frustracje zarówno tych ludzi, dla których kłirowy aktywizm to jakiś kosmos i którzy nie rozumieją, po co to i dla kogo i… rozumiem frustrację aktywistek i aktywistów wykonujących ogrom niewidocznej, najczęściej wolontariackiej albo nisko płatnej, prekariackiej, pracy na rzecz społeczności. Pracy często wykonywanej kosztem własnego zdrowia, czasu wolnego, relacji, pasji czy pracy zawodowej. Pracy frustrujące, bo, uwierzcie mi na słowo, że gdyby to było zależne od tego, ile wysiłku wkłada w to grono aktywistyczne, to mielibyśmy_ałybyśmy w Polsce raj dla osób LGBTQIA+.

Nie lubię aktywizmu.

Nie lubię aktywizmu, bo mnie wypala. Działałem i nadal staram się działać w tematach, które personalnie mnie dotyczą. Pracuję na swojej historii, na swoich emocjach, na swoich trudnościach, krzywdach. To wykańcza. Z jednej strony mam już naprawdę dość wywalania emocjonalnych flaków. Mam też dość słuchania potem, że się na nich lansuję, że zabieram przestrzeń, że robię w ogóle źle. Z drugiej wiem, że bez opowiedzenia głośno autentycznych historii konkretnych ludzi, żadna większa społeczna zmiana się nie zadzieje. A ja mam rzadką możliwość mówić, opowiadać…

Nie lubię aktywizmu, bo doprowadza do tego, że ludzie, którzy mieli działać we wspólnym celu, zaczynają się kłócić o pieniądze, wpływy, o najmojszość własnej racji.

Nie lubię aktywizmu, bo w formie mi znanej staje się głównie re-aktywizmem, który nie wychodzi naprzeciw najbardziej pilnym potrzebom, najmocniej palącym problemom ludzi, których dotyczy, tylko sprowadza się do tego, na co można dostać grant, dofinansowanie, do tego, co mogą zrobić po godzinach zmaskarowani_e i wypalone_eni wolontariuszki_sze.

Nie lubię aktywizmu z wielu innych powodów.

A Wy, dlaczego nie lubicie aktywizmu?

* assigned male at birth czyli przypisana/-y do płci męskiej przy urodzeniu

** assigned female at birth — przypisany/-a przy urodzeniu do płci żeńskiej

*** polski język migowy

 

 

Co robić po jedynce? Krótki poradnik

Zwykły wpis

Obiecałem, że z okazji 600 dni na testosteronie wrzucę od siebie parę porad nt. tego, jak sobie radzić po operacji, a zaaaatem…

… jest 10. marca 2019. Mija dokładnie 600 dni od mojego pierwszego zastrzyku. No to lecimy!

Droga Osobo, która planujesz tzw. jedynkę, czyli operację usunięcia gruczołów sutkowych, przede wszystkim postaraj się, żeby zaraz po wyjściu ze szpitala przez kilka dni ktoś Ci towarzyszył_a. Nie będziesz za bardzo mógł_ogła ruszać rękami i najprawdopodobniej będziesz bardzo osłabiony_a. Przyda się ktoś, kto otworzy Ci ciężkie drzwi, przygotuje jedzenie i w razie komplikacji zadzwoni do szpitala czy Cię tam zawiezie.

Ok, a teraz to, co możesz zrobić sam_a. Ubranie. Weź do szpitala i przygotuj sobie na później luźne ciuchy, które łatwo zdejmować. Na górę najlepiej rozpinaną koszulę, podniesienie rąk całkiem do góry przynajmniej przez kilka pierwszych dni definitywnie odpada. Najlepiej miej kilka zestawów na zmianę. Będziesz się pocić, być może trochę krwawić. Uwierz mi, spędzasz w końcu ze sobą 24h/dobę, nie chcesz śmierdzieć bardziej niż to konieczne… a przez pierwsze dni po operacji zamoczenie opatrunków odpada, więc się nie wykąpiesz. Nawet jak będzie Ci już wolno wziąć prysznic, to… nie ma gwarancji, że będziesz mieć na to siłę. Zmieniaj ciuchy jak najczęściej, nie udusisz się i zmniejszysz szanse na zakażenie. Same plusy.

Poza stosikiem rozpinanych ubrań warto przygotować sobie… nawilżane chusteczki. Jak nie masz siły wstać albo nie wolno Ci się wykąpać, masz błyskawiczne odświeżenie pod ręką. Wyzwanie pt. podtarcie sobie tyłka też staje się łatwiejsze. 😉 W temacie higieny, nie zaszkodzi też inwestycja w płyn do dezynfekcji skóry i/lub odkażającą emulsję do mycia.

Pozdejmuj wcześniej rzeczy, których zamierzasz używać, żeby nie musieć po nie sięgać wyżej niż na wysokość swojej klatki piersiowej.

Dobra, no to idziemy dalej. Pierwszą rzeczą, którą powinieneś_nnaś zrobić po operacji, to pozwolić się sobie porządnie wyspać. Śpij dokładnie tyle, ile potrzebujesz. Jak czujesz, że chce Ci się spać, śpij. Szybciej odzyskasz siły, może prześpisz największy ból. Śpij, pij dużo, jedz. Najlepiej rzeczy bogate w witaminę C i białko. To jest dokładnie wszystko, co masz do zrobienia na samym początku.

Kiedy już dasz radę, zacznij spacerować, choćby i tylko po pokoju. Poprawisz krążenie, zmniejszysz szansę, że ewentualny nadmiar płynu w tkankach będzie w nich zbierać się w jednym miejscu, zalegać i opóźniać gojenie.

Po zdjęciu szwów możesz zacząć delikatnie masować, na początku tylko okolice blizn. Pamiętaj, na tym etapie nie dotykaj blizn bezpośrednio i nie rób tego mocno. Pewnie będzie to dla Ciebie dziwne uczucie, bo prawie na pewno nie będziesz mieć jeszcze czucia w skórze i będą Cię ciągnąć miejsca, które źle się pozrastały. Nie martw się, to powinno minąć. Postaraj się zacząć szybko, mobilizacja blizny jest ważna i potrzebna. Dlaczego? Nie będę tu zanudzał, możesz poczytać więcej na przykład tutaj. Kiedy poodpadają Ci wszystkie strupki, możesz delikatnie masować same blizny. Po wpisaniu w przeglądarkę „mobilizacja blizny” znajdziesz dużo różnych technik i wskazówek. Proponuję zacząć od tych opisanych w tym filmiku. Aha, jeśli jesteś kilka miesięcy czy lat po operacji, to nic straconego nadal możesz poprawić elastyczność tkanek i wygląd blizn, może już nie tak, jak na samym początku, ale warto próbować.  Zwłaszcza do około dwóch lat, bo tyle mniej więcej trwa pełne wygojenie się takiej rany. W ramach atrakcji wrzucam podkradziony z internetu obrazek pokazujący etapy tego gojenia:

stages-of-wound-healing

Nie zapominaj o natłuszczaniu, nawilżaniu blizn. Pij dużo i kup sobie jakąś maść albo krem do smarowania blizn. Możesz ich używać przy masowaniu, załatwisz dwie rzeczy za jednym zamachem 🙂 . Nie kosztuje to dużo, a przynosi dobre rezultaty. Dostępne są różne maści, niektóre zawierają cebulę, która rozjaśnia i uleastycznie blizny. I śmierdzi… no ale cóż, najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Cepan u mnie zdziałał cuda, więc nie będę nadmiernie narzekać na jego zapach. Szczerze też polecam silikonowe plastry na blizny. Nie śmierdzą, są niewidoczne, prawie się ich nie czuje i bardzo pomagają wygładzić budującą się bliznę. Mają jeden duży minus, są dość drogie. Jeżeli jednak możesz sobie na to pozwolić, zainwestuj w nie. Zwróci się, z nawiązką.

A, i jeszcze jedno. Pewnie będzie Cię kusić, ale postaraj się nie wystawiać blizny na słońce przez około rok po operacji, a jeśli już musisz, to jedynie po posmarowaniu jej kremem z mocnym filtrem. Inaczej jest duża szansa, że blizny ściemnieją i będą bardziej widoczne… no chyba, że takie chcesz, wtedy jest to wręcz zalecane. 😉

To chyba wszystko. Pamiętaj, że są rzeczy, na które nie masz wpływu, takie jak Twoje predyspozycje genetyczne i profesjonalizm personelu medycznego. Możesz zrobić wszystko najlepiej a i tak zrobią Ci się przerośnięte blizny. Albo przeciwnie, zaniedbasz je, a one pięknie się wygoją. Wszystko, co robisz, tylko zmniejsza albo zwiększa prawdopodobieństwo dobrego/złego wygojenia. Przede wszystkim zadbaj o swoje dobre samopoczucie, czeka Cię kilka(naście) miesięcy z ranami, szwami, opatrunkami, maściami etc. i być może skutkiem, który nie będzie szczytem Twoich marzeń (nie zapominaj o tym, że cały proces gojenia trwa te dwa lata i że zawsze można jeszcze wykonać zabieg, który poprawi ewentualne „usterki”).

Życzę Ci mało bólu, dużo siły i pięknych efektów!

Na deser dorzucam jeszcze swoje foty. Pierwsza około 2 tygodnie po operacji, druga kilka dni temu, czyli prawie 11 miesięcy od niej (na żywo i przy innym oświetleniu blizny są jednak trochę bardziej widoczne):

wewewerwet

PS Gdyby ktoś pytał_a, na zdjęciu, które widnieje nad tytułem wpisu jestem 2,5 miesiąca po operacji.

Do poczytania!